Wczoraj tj. 25 bm. mieliśmy przyjemność wysłuchać prelekcji Ryszarda Sławczyńskiego: "Literackie oblicze rzeki Odry" i obejrzeć film "Odra, poezja rzeki".
To była okazja do wspomnień i wzruszeń, prezentacja w wykonaniu człowieka tak mocno związanego z naszą rzeką Odrą - tą wrocławską, ale nie tylko, bo opowiedział nam o rzece Odrze w Hiszpanii i na Bałkanach. U nas, ludzi silnie z żytych z Żeglugą na Odrze łza w oku się też pojawiła. O polskiej rzece Odrze i Odrach w Europie. O polskiej rzece Odrze i Odrach w Europie.
Recenzja do filmiku o Odrach: Robert Gawłowski Odra w liczbie mnogiej
Są słowa, które wyglądają skromnie, a noszą w sobie całe dorzecza znaczeń. Takim słowem jest „Odra”. Wydaje się, że znamy je od zawsze: z mapy szkolnej, z miast, przez które przepływa, z pamięci Dolnego Śląska, Opolszczyzny, Ziemi Lubuskiej, Pomorza Zachodniego, z podręczników, kronik powodzi, opowieści o granicy, żegludze, mostach, portach, śluzach i ujściu. A jednak film „O polskiej rzece Odrze i Odrach w Europie.
Ryszard Sławczyński — Odkrywca wielu Oder” pokazuje, że ta nazwa nie daje się zamknąć w jednym korycie. Ma swoje powtórzenia, odbicia, oddalenia. Płynie dalej i gdzie indziej niż przywykliśmy sądzić. Już początek filmu brzmi jak otwarcie starego atlasu, w którym ktoś dopisał na marginesie nieznaną nam wcześniej wiadomość. Oto okazuje się, że na kontynencie europejskim płyną cztery rzeki o nazwie Odra. Najdłuższa, ta najbliższa, przepływa przez Czechy, Polskę i Niemcy. Druga płynie w Chorwacji, trzecia w Hiszpanii, czwarta na Ukrainie. Obok nich pojawiają się jeszcze nazwy pokrewne, jak czeska Odrava czy Oder płynąca w Dolnej Saksonii. Jedna nazwa, a tyle różnych krajobrazów. Ryszard Sławczyński nie mówi o tym jednak z triumfem odkrywcy. Przeciwnie, jego ton jest ujmująco skromny. Te rzeki przecież były — powiada — tylko myśmy nie wiedzieli, że są. W tym zdaniu kryje się istota tej opowieści. Nie chodzi o sensację, lecz o cierpliwe sprawdzanie mapy. Jest więc również rzecz o pasji szczególnej, bo nie hałaśliwej, nie efektownej, lecz cichej i konsekwentnej. Sławczyński idzie za rzeką tak, jak inni idą za nutą, za zdaniem, za rodzinną legendą, za śladem dawnego miasta. Zaczyna od własnego doświadczenia: od dzieciństwa nad wodą, od Chociwla, od Szczecina i Wałów Chrobrego, od technikum żeglugi śródlądowej, od środowiska ludzi rzeki. Woda nie jest dla niego biograficznym dopiskiem. Jest żywiołem podstawowym, czymś rozpoznanym jeszcze przed wiedzą, przed książkami, przed katalogami wystaw. Dlatego ta opowieść ma siłę autentyczności.
Sławczyński nie mówi o Odrze z naukowym czy urzędniczym dystansem. Mówi jak ktoś, kto zna ciężar nazwy nie tylko z mapy, ale także z życia. Rzeka prowadzi go ku literaturze, ku poezji, ku pracy nad antologią obejmującą utwory 2 autorek i autorów polskich, niemieckich, czeskich i łużyckich. To bardzo ważny moment filmu: Odra okazuje się nie tylko rzeką wodną, ale również rzeką tekstów. Ma swoje wiersze, swoje języki, swoje odbicia w cudzych zdaniach. Płynie przez książki, przez pamięć regionów, przez pogranicza, przez głosy tych, którzy żyli na jej brzegach albo tylko raz ją zobaczyli i zapamiętali. Klub Muzyki i Literatury we Wrocławiu, w którym rozbrzmiewa ta opowieść, nie jest miejscem przypadkowym, a czymś w rodzaju przystani. Tutaj spotykają się ludzie związani z żeglugą śródlądową, portowcy, stoczniowcy, marynarze rzeczni, ci, którzy znają wodę od strony zawodowej. Nie bez kozery pojawia się też obraz autorstwa Edwarda Kostki przedstawiający boga Odry – Wiadrusa. Jest i wystawa o chorwackiej Odrze. Są katalogi, fotografie, mapy. W ten sposób film pokazuje, że rzeka potrzebuje nie tylko koryta, ale także wspólnoty pamięci. Potrzebuje ludzi, którzy będą wymawiać jej nazwę, opisywać, fotografować, porównywać, przywoływać. Najpiękniejsze w tej opowieści jest jednak to, że znana rzeka zaczyna nagle mieć swoje siostry.
Chorwacka Odra pojawia się jak niespodziewana krewniaczka z południa. Płynie niedaleko Zagrzebia, wśród pól, kanałów, pastwisk, lasu, drewnianych mostów, dawnych odnóg i stawów. Sławczyński opowiada o kanale Sawa–Odra, o wodach Sawy, o tamtejszych odrzańskich polach, o krowach i koniach, o pasiekach ustawianych na samochodach, o Turopoljskim Lugu, czyli pradawnym lesie równinnym, położony w żupanii zagrzebskiej, pomiędzy miastem Velika Gorica a Sisakiem, gdzie rzeka meandruje i gdzie krajobraz zachowuje jeszcze pierwotną miękkość. To są fragmenty niemal malarskie. Nie ma w nich pośpiechu. Jest patrzenie. Zaś szczególnie przejmujący jest motyw dawnego koryta. Tam, gdzie chorwacka Odra już nie płynie, pozostały nazwy: miejscowość Odra, ulica Odra, szkoła Odra, apteka Odra. Rzeka odeszła, ale jej imię zostało. To jedno z najważniejszych odkryć Ryszarda Sławczyńskiego. Nazwa okazuje się korytem drugim, ukrytym. Woda może zmienić bieg, może zostać ujęta w kanał, może ustąpić innemu strumieniowi, ale słowo trwa w miejscowej pamięci, w adresie, w szyldzie, w rozmowie ze starszymi mieszkańcami. Jakby język był bardziej odporny na wysychanie niż sama rzeka.
Zupełnie inna jest hiszpańska Rio Odra. Jej krajobraz jest kamienny, romański, iberyjski. Pojawiają się kościoły, pustelnie, stare mosty wyłączone z ruchu, szlaki piesze i rowerowe, pola nawadniane wodą rzeki, dawne winnice, kukurydza, zboża, droga ku Pisuerdze, potem ku Duero, a wreszcie ku Atlantykowi. Tamta Odra w niczym, poza nazwą, nie przypomina 3 ani naszej Odry, ani tej chorwackiej. Jest słowem wypowiedzianym w innym języku, pod innym niebem, pośród innej architektury. A jednak to słowo brzmi tak samo. Jest jeszcze czwarta Odra — ukraińska, najkrótsza i najbardziej ukryta. Płynie w rejonie semeniwskim, w obwodzie czernihowskim, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Rosją. Liczy tylko czternaście kilometrów, ale właśnie ta skromność nadaje jej szczególny sens.
W filmie pojawia się jak punkt na mapie, do którego opowieść jeszcze nie dotarła w pełni. Ryszard Sławczyński mówi, że nad tą rzeką nie był, choć kiedyś przejeżdżał bardzo blisko niej, nie wiedząc jeszcze o jej istnieniu. Być może więc, ta ukraińska Odra pozostaje rzeką przyszłej wyprawy, miejscem oczekującym na odwiedziny i opisanie. Domyka ona jednak zarazem europejski łuk wielu Oder: od Atlantyku, przez Bałkany i Europę Środkową, aż po wschodnie pogranicze kontynentu. I właśnie w tym napięciu między tym samym a przecież innym film odnajduje swoją głębię. Odra jest jedna i niejedna. Jest konkretna, geograficzna, mierzona kilometrami, opisywana przez dopływy, kanały, ujścia i długości. Ale jest także rozproszona, wielokrotna, zagadkowa. Pojawia się w Chorwacji, Hiszpanii, Ukrainie, w nazwach pokrewnych, w domysłach etymologicznych, w łużyckiej „Wodrze”, w możliwych śladach celtyckich lub indoeuropejskich. Sławczyński nie zamyka tej tajemnicy. Nie udaje, że ma ostateczną odpowiedź. I dobrze. Albowiem tajemnica nazwy jest tu ważniejsza niż jej proste rozwiązanie.
Film Anny Marii Fusaro można oglądać jak opowieść o hydronimach, ale byłoby to za mało. Można widzieć w nim dokument regionalistyczny, ale i to nie wystarcza. Jest to raczej esej filmowy o pamięci ukrytej w geografii. O tym, że mapa nie jest martwą planszą, lecz palimpsestem, że pod dzisiejszymi granicami trwają dawne języki, pod nazwami tymi samymi nazwami płyną zupełnie inne rzeki, a pod współczesnymi drogami leżą dawne przejścia, brody, mosty, kanały i pastwiska. Europa nie jawi się tu jako wielka idea, ale jako sieć nazw, które trzeba cierpliwie czytać. Sławczyński czyta tę sieć z pasją człowieka, który nie oddziela wiedzy od zachwytu. To rzadkie i cenne. W jego opowieści jest dokładność: długości rzek, nazwy dopływów, położenie geograficzne, katalogi wystaw, trasy wypraw. Ale jest też coś więcej: zdolność zobaczenia w nazwie zaproszenia. Jedno słowo staje się początkiem podróży. Odra nie jest już tylko rzeką, przy której mieszkamy, którą płyniemy, albo nad którą przechodzimy wrocławskimi mostami. Staje się pytaniem: skąd przyszło jej imię? Dlaczego powraca w oddalonych miejscach? Co pamięta język, a czego my już nie pamiętamy? Najbardziej wzruszające jest to, że cała ta podróż po wielu Odrach nie oddala od tej najbliższej. Przeciwnie, prowadzi ku niej z powrotem. Kiedy Sławczyński mówi, że nad każdą rzeką — nawet nad potężnymi rzekami syberyjskimi — staje mu przed oczami „nasza Odra”, wypowiada coś więcej niż prywatne przywiązanie. Mówi, że każdy człowiek ma swoją rzekę wewnętrzną, własny nurt odniesienia. Inne rzeki mogą być wielkie, egzotyczne, dalekie, ale tylko jedna staje się miarą pamięci. Dla niego jest nią Odra. Dlatego tytuł „Odkrywca wielu Oder” jest bardzo trafny, choć sam bohater zapewne nadal upierałby się przy swojej skromnej poprawce: nie odkrywca rzek, lecz odkrywca naszej niewiedzy o nich. A może jeszcze inaczej: człowiek, który pozwolił Odrze przemówić w liczbie mnogiej. Bo po tym filmie nazwa „Odra” nie brzmi już tak samo. Otwiera się. Rozgałęzia. Ma swoje dopływy w języku, literaturze, krajobrazie, w pamięci mieszkańców Chorwacji, Hiszpanii, Ukrainy, Łużyc, Wrocławia i Szczecina.
Film z udziałem Ryszarda Sławczyńskiego, powstał z autentycznej poznawczej potrzeby. Nie jest spektaklem, nie udaje wielkiej produkcji, nie szuka efektownych skrótów. Jego siła polega na czymś innym: na wiarygodności głosu, na konsekwencji pasji, na umiejętności połączenia mapy z biografią, rzeki z literaturą, nazwy z pamięcią. To szkic o tym, że rzeka nigdy nie jest tylko rzeką. Jest drogą, imieniem, archiwum, żywiołem, granicą, wspólnotą, powrotem. A po jego obejrzeniu chciałoby się wziąć do ręki atlas, acz nie po to, by raz jeszcze sprawdzić to, co już wiemy. Raczej po to, by zobaczyć, czego dotąd nie zauważyliśmy. Chciałoby się szukać nazw, dopływów, drobnych rzek, starych koryt, miejscowości, w których woda dawno zmieniła bieg, lecz słowo zostało. Chciałoby się zrozumieć, że Europa zaczyna się czasem od najprostszej ciekawości: dlaczego ta rzeka nazywa się tak samo? I może właśnie dlatego powstała ta opowieść o jednej potrzebie: o potrzebie odnajdywania sensu w miejscach pozornie oczywistych. Najbliższe rzeki także trzeba odkrywać. Nie wystarczy mieszkać obok nich, przejeżdżać przez mosty, znać ich nazwy z planów i map, czy telefonicznych systemów GPS. Trzeba jeszcze usłyszeć, jak brzmią gdzie indziej. Trzeba zobaczyć ich odbicia w obcych krajobrazach. Trzeba pójść za nimi aż tam, gdzie przestają być tylko wodą, a zaczynają być pamięcią.
„Ryszard Sławczyński – Odkrywca wielu Oder” reżyseria, zdjęcia i montaż – Anna Maria Fusaro, zdjęcia Odra chorwacka i hiszpańska, Klub MiL– Ryszard Sławczyński, dźwięk – Gwidon Kazimierz, muzyka – „Wełtawa” Bedřicha Smetany w wykonaniu Musopen Symphony; https://www.youtube.com/watch?v=TZuwyYcQEP8