^Do góry
baner

Świadkowie historii opowiadają Wrocław: wrocławska żegluga śródlądowa

Świadkowie historii: Władysław Stypczyński i Janusz Fąfara. „Wrocławska żegluga śródlądowa to temat rzeka”. W maju prezentowana była wystawa czasowa na Wybrzeżu Ksawerego Dunikowskiego o tematyce żeglugi odrzańskiej a teraz autentyczne na żywo opowiadania z bezpośrednimi „Świadkami Historii” - odrzańskimi marynarzami. W Centrum Historii Zajezdnia w dniu 7 września 2018 r. spotkali się marynarze wrocławscy i sympatycy żeglugi. Spotkanie poprowadził Mateusz Gigoń, który zaprosił na nie „wybitnych przedstawicieli wrocławskiego środowiska żeglugowego: kpt. Władysława Stypczyńskiego i kpt. Janusza Fąfarę”. W ramach cyklicznych spotkań opowiadali o swoich osobistych doświadczeniach pływania na różnych jednostkach od lat 50’ XX wieku. Wydarzenie organizowane było w ramach działania Wolontariatu Zajezdni.

W spotkaniu uczestniczyli też byli pracownicy nie istniejącego już Przedsiębiorstwa Państwowego Żegluga na Odrze.

Kapitan Władysław Stypczyński rozpoczął swoje wspomnienia od pracy na barce bez napędu, opisał jak trudne warunki bytowe były na takich jednostkach. Rekompensowane to było w jakimś stopniu taką prawdziwą lekcją “łodziarki”, bliskością do natury, ciszy i pracą w zespole załóg pociągów holowniczych. Z „łodziarką” związany był od najmłodszych lat, a z Odrą, jej statkami i załogami od pierwszych lat 50. Swoją historię opisał w książce pt." Statek domem, a matką żegluga". Książka zawiera dość szczegółowy opis ponad półwiecznej historii żeglugi śródlądowej - żeglugę ery pary i barek holowanych, samospławu, barek motorowych i zestawów pchanych, aż do okresu pracy na zachodnioeuropejskich drogach wodnych. Jednak największe zainteresowanie budziły opowiadania o pływaniu na parowcach. Składach załóg, warunkach bytowych, o ciężkiej pracy palaczy w kotłowni przy temperaturze nie do wytrzymania przez zwykłych ludzi. Można było usłyszeć o tamborach i do czego oprócz ich funkcji podstawowej one służyły, czyli o warunkach sanitarnych jakie tam panowały. mal.jpgWspomniał też o pracy na statku szkolnym „Małgorzata Fornalska”, o inż. Marianie Szwarcu – absolwencie TŻŚ, nauczycielu w naszej szkole i wychowawcy, wielkim przyjacielu marynarzy rzecznych. Takie informacje możemy się teraz dowiedzieć tylko od ludzi, którzy tam pracowali i mieszkali na barkach i holownikach, jak żyli i pracowali. Było też o awariach maszyn parowych i naprawach podczas rejsu, o dzieciach marynarzy, o łamaniu lodu na Odrze, życiu na zimowiskach, o różnych ładunkach - towarach i o życiu z dala od rodziny oraz tęsknocie jaka czasami dokuczała. Z tonu opowiadań naszego kolegi dało się usłyszeć jednak pewien żal, że era pary w żegludze się skończyła i niewiele z tego się zachowało. Pływanie na parowcach miało swój urok i specyficzne życie towarzyskie społeczności „łodziarskiej”. Tego już nie ma i nie będzie a stopniowo ulegnie zapomnieniu. Pozostaną nam tylko nieliczne fotografie i jakieś pojedyncze artefakty.

Kapitan Janusz Fąfara swoją opowieść rozpoczął od zamustrowania na statku Bizon 09. Pierwsze zadanie dla asystenta nawigatora było bardzo nieprzyjemne z uwagi miejsce  w basenie Portu Miejskiego z niezbyt czystą wodą, a  pierwszym jego  "historycznym"  zadaniem było zdjęcie zaplątanej liny na śrubie napędowej. Zadanie udało mi się wykonać, czym zyskałem uznanie załogi zaraz na początku pracy na Bizonie. To był mój taki chrzest łodziarskii. Zresztą kapitan stwierdził, że jako absolwent T.Ż.Ś. na stanowisku asystenta  tylko do takich czynności się nadaję. Pomimo wielu przykrości z czasem zacząłem awansować, nabierać doświadczenia, sam będąc kapitanem „urabiałem” niczym żeźbiarz glinę przydatność nowych adeptów sztuki żeglugowej.Podejmując się pracy w Technikum Żeglugi Śródlądowej sam zaczął kształcić „narybek” marynarski pływając na statkach szkolnych; Westerplatte” i ,,Młoda Gwardia” jako bosman i sternik. Po pewnym czasie wrócił jednak do pływania, ale już na trasach zagranicznych. W tamtych czasach było to nie lada nobilitacją. Po paru latach pływania dały znać o sobie uroki marynarskiego stylu życia, czyli dolegliwości gastryczne i z zaleceniem lekarskim przerwałem pływanie. Aby nie utracić kontaktu z żeglugą rozpocząłem pracę na punkcie zdawczo-odbiorczym barek pchanych, a następnie w Dziale Ruchu, Centralnej Dyspozycji i Dziale Logistyki. W dobie dość prymitywnej łączności radiowej, braku komputerów, samochodów staraliśmy się panować nad znaczną ilością taboru pływającego po Odrze. Pomocne były tak zwane motorówki inspekcyjne i już pojawiające się w wyposażeniu pchaczy radiotelefony. W dyspozytorni funkcjonowała na całą ścianę tablica z magnetycznymi klockami z numerami poszczególnych jednostek pływających, gdzie na bieżąco zbierano informacje o położeniu każdego pływającego obiektu na Odrze i Kanale Gliwicki po Świnoujście włącznie. Podkreślił, że w z końcem lat 70  zatrudnionych było  w P.P. Żegluga na Odrze 3055 osób w tym 1648 osób stanowił personel pływający który miał do dyspozycji 2 holowniki, 33 barek holowane, 178 pchaczy 430 barek pchanych i 215 barek motorowych.

 

Post's featued image.

 Zdjęcia: Komandor Mieczysław Wróblewski, Janusz Fąfara. W. Wąsik - tekst.

Wyszukiwarka

Copyright © 2013. Mateusz Haglauer Rights Reserved.


Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Polityka cookies